Jazz nad Odrą
Nienawidzę jazzu, a koncerty i wydarzenia kulturalne uważam za średnio ciekawe tematy fotograficzne. Niestety mieszkając we Wrocławiu możesz fotografować jedynie albo sport albo właśnie “kulturę”, tak więc staram się nie dawać w przybytkach sztuki poznać po sobie iż nie przeżywam tak jak cała sala ekstazy na sam dźwięk nazwiska tego czy tamtego artysty.
Takim orgazmistycznie traktowanym artystą na festiwalu Jazz nad Odrą był Leszek Możdżer, jak się okazało bardzo lubiący okazywać wielkopańską łaskę klęczącym u jego stóp fotoreporterom :). Nie mniej ni więcej tylko pierwszy utwór swojego koncertu (jedyny na którym można było robić zdjęcia) zadedykował pracującym w pocie czoła fotopstrykom, nie zapominając oczywiście pośmiać się z tej dedykacji wraz z całą widownią.

Sam utwór był błyskotliwy i porywający - perfekcyjnie dopracowany w każdym takcie i będący zwieńczeniem wieloletniej kariery swojego twórcy. Widownia chłonęła w podnieceniu każdy dźwięk, fotoreporterom ze wzruszenia trudno było utrzymać w rękach teleobiektywy a sam Mistrz świadom epokowej chwili rozkoszował się każdą jej sekundą.
Niewiele ich zresztą było, gdyż plebsowi nie dane było poznać arcydzieła w całości - musiał zadowolić się niecałą minutą….wciąż karmiąc się nadzieją iż w swoim marnym życiu usłyszy coś więcej niż zagrane przez Mistrza ‘brzdęk, brzdąk’ na fortepianie.
Po wyproszeniu fotoreporterów z sali, płaczący na korytarzu i ocierający łzy w ściereczki do szkła, usłyszeli gniewny głos nieznajomego: ‘a dlaczego panowie wyszli z sali?’ i całkowicie słuszne pretensje o nieuszanowanie powagi miejsca oraz szacunku dla Wielkiego Artysty.
Wiecie czym się różni fotoreporter od trampoliny? Po trampolinie się skacze bez butów :)
Posted by admin in Schizy, Uncategorized |