Sporo swojego czasu naczytałem się na blogu Iczka różnych narzekań na środowiska ZPAF-owe i jakość ich prac w odniesieniu do ego autorów. Na co dzień trzymam się z dala od wszelkich tego typu instytucji, na ich wystawy nie chodzę i nie zaprzątałbym sobie tym głowy gdybym nie został wysłany przez moją redakcję na wystawę Jesiennej Aukcji Fotografii Polskiej ZPAF 2008.
Mianowicie już po kilku minutach od przekroczenia progu galerii, człowiek zaczyna się domyślać, iż coś nie gra. Stawiając się w pozycji osoby nie będącej krytykiem fotografii, acz mającej o niej niemałe pojęcie i chcącej sobie np. kupić coś do powieszenia na ścianie, można by zacząć sądzić, iż “środowiska twórcze” rozpoczęły grudniowy sezon polowań na leszcze.
Zwiedzając wystawę, pomiędzy nielicznymi pracami wartymi głębszej uwagi, na każdym kroku spotyka się dowody jawnej kpiny z odbiorcy i potencjalnego klienta. Coraz szerzej mówi się o popularyzacji aukcji fotografii i dostępności prac kolekcjonerskich dla ludzi z gustem lub chcących ulokować dobrze swoje pieniądze, lecz w praktyce wygląda to na próby wciśnięcia za grube pieniądze nieuświadomionym ludziom zwykłych gniotów jako “sztuki”. Poniżej kilka przykładów z katalogu aukcyjnego wraz z cenami (nazwiska autorów pomijam celowo)

Ot zdjęcie wierzby, przeciętny kadr + trochę zabawy z krzywymi tonalnymi w Photoshopie. Zwraca uwagę użycie nazwy “fotografia dygitalna” zamiast zwyczajnej i plebejskiej “fotografii cyfrowej”.

Tutaj widzimy niezły przykład tupetu autora, który za 1900 PLN próbuje wcisnąć naiwnym poruszone zdjęcie drzewa (akacja chyba). Nie oszukujmy się - jaka ideologia by nie była do tej fotografii dorobiona, nadal jest to zwykłe zdjęcie, jakie może zrobić czterolatek bawiący się aparatem. Takie coś mogłoby ewentualnie przejść gdyby to była, dajmy na to pierwsza fotografia wykonana metodą taką a taką w roku 1902; niestety nie jest. Jaki kraj, taka fotografia kolekcjonerska.
Jedziemy dalej:

W tym przypadku za jedyne 1000 PLN możemy mieć urocze zdjęcie parku nocą - takie samo jakie wykonuje większość początkujących amatorów fotografii w ciągu tygodnia od momentu, gdy kupią sobie cyfrówkę. W roku 2003 sam dostałem na urodziny cyfrówkę i 2 dni póżniej w parku nad rzeką w Pile zrobiłem niemal identyczne. W życiu mi nie przyszło do głowy gdzieś je opublikować a co dopiero próbować sprzedać. Ale w tym wypadku fotografię tą otacza aura sztuki, a o wartości kolekcjonerskiej zapewne decyduje fakt, iż zrobiono ją w niedzielę o 23:12.

Mając na koncie wolną kwotę średniej krajowej pensji można się pokusić o coś takiego. Jak wspominałem, wartość kolekcjonerską taka fotografia miałaby może, gdyby została wykonana w roku 1893. A tak sprawia wrażenie pierwszej, testowej klatki z kliszy, wygrzebanej gdzieś przypadkiem z szuflady.
Na zakończenie (choć tego typu fotografii w katalogu jest jeszcze niemało) pozostawiłem sobie dwie fotografie:

Długo się głowiłem nad tą fotografią i jej ceną wywoławczą, do żadnych głębszych wniosków nie doszedłem. Wygląda na zdjęcie zrobione w czasie warsztatów z malarstwa na ASP, a te dwa zera na końcu ceny to najprawdopodobniej błąd osoby składającej tekst do druku.
Kończąc tekst przedstawiam swoiste kuriozum. W tym wypadku zaintrygowało mnie nie tyle samo zdjęcie co jego opis.

Mianowicie dla podniesienia wartości kolekcjonerskiej plik ze skanem negatywu został zniszczony (zwykli ludzie kasują pliki, artyści jak widać je niszczą). Widać autor coś źle doczytał w Internecie, albo żal mu jednak było negatywu i wywalił tylko plik. Za to potencjalnego nabywce można omamić rzekomą wartością kolekcjonerską powstałą przez taki zabieg “zniszczenia” źródła. Podejrzewam, iż koniec końców okaże się, iż kopia pliku jednak gdzieś na jakimś CD-backupie jest :).
Zaś na sam deser pozostawię cytat podsłuchany na wystawie wśród dyskutujących ZPAF-owów: “jednak większe zdjęcie bardziej się broni”.